JUPI! Dałam radę! 28 Bieg Zaślubin KOŁOBRZEG za mną!
Co prawda wszystko działo się ponad tydzień temu - 16 marca, ale przydarzyło mi się cudne nartowanie zaraz po powrocie i nie miałam kiedy naskrobać.
Byłam szczerze przerażona, kiedy jechaliśmy do Kołobrzegu. A w niedzielę rano, pogoda jeszcze gorsza, zimno i mokro. Poza tym długaśne kolejki po odbiór pakietów, no czyste szaleństwo. Kiedy już spotkaliśmy znajomych, atmosfera się lekko zagęściła. My - jak zwykle, bez przygotowania i jakiegokolwiek planu na cały ten bieg, natomiast oni - skoncentrowani.
Kiedy ogłoszono, ze już czas - szybciutko stanęliśmy w tłumie rozentuzjazmowanych ludzi po czubki głów naładowanych pozytywną energią! Kurczę, no dawno nie spotkałam tyle osób, które rozpiera energia ot tak.
HUK!I pobiegli...a ja z/za nimi ;)
15 km! Biegłam i umierałam! Bałam się, że każdy następny kilometr może być tym ostatnim dla moich nóg, ale dzielnie się trzymałam mojego "zająca" albo kilku "uszatych", bo w sumie patrzyłam na kilka osób. Ostatnio biegam tak troszkę "zaliczając" rywali - choć nie wiem, czy mogę ich tak nazywać - sama ledwo co daję radę, ale tak to są kompani mojego biegu. Jeden był taki zabawny, krzyczał sam na siebie coś w stylu - DAJESZ! DALEJ! No każdy ma swoje sposoby. Ja wypatruję osobę w tłumie i próbuję ją dogonić, a potem następną i tak do końca. Nie zawsze mi się udaje, ale próbować zawsze warto. Podczas ciężkich metrów, powtarzałam sobie w głowie słowa koleżanki "jeśli już nie możesz, przyśpiesz, potem będzie ci lżej biec wolniej". I tak do końca, żałowałam tylko, że nie mam czapki z daszkiem - strasznie padało mi w twarz i nie było to przyjemne!
I jeszcze ten czas - no szaleństwo!

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz