Postanowiłam zacząć w końcu
pedałować...póki co nie mam super wyczynowego roweru, ale moja miejska
"koza" jest jak to ujął mój mąż rowerowym Harley'em. Siedzi się mega
wygodnie i nie przeszkadza mi fakt, że ma 5 przerzutek.
Ponieważ
pogoda ostatnimi dniami jest przepiękna i wręcz zachęca do spędzania
czasu poza domem (dlatego siedzę przed komputerem i piszę),
postanowiliśmy odkurzyć mojego elopsika i starego górala w celu
poczynienia rowerowej wycieczki.
Oczywiście
nie udało się przejść przez etap przygotowań bez fatali, a to pompka
okazała się nie taka, a to mój stary góral za mały na Miśka...no nic
pojechaliśmy. Słuchajcie, polecam gorąco! Cudnie się spaceruje rowerami,
podziwia przyrodę, rozmawia ... było świetnie. I to wczesnowiosenne
słońce!
To
nasze poczynania - no bez szału, ktoś powie, ale - nie chodzi o czas
lecz o fakt. Nawet kolano mnie nie bolało. Wiele wiele przyjemności!
Jak ostatnio w każdy poniedziałek - tuż przed snem ważyłam się i mierzyłam. Wczoraj oczywiście też tak było i ku mojemu zaskoczeniu (zeszły tydzień był marny w tej materii) dumnie zapisywałam w kalendarzyku kolejne cyferki.
Spadek 2kg to już coś - pewnie w zeszłym tygodniu, kiedy już prawie rwałam włosy z głowy, że waga pokazała plus zamiast minusa zwyczajnie źle stanęłam czy coś, ale ważne, że wszystko jest pod kontrolą.
Jedna z moich koleżanek odwiedziła mnie w niedzielę. Nie widziałyśmy się z dwa może trzy tygodnie i zauważyła, że schudłam, no coś pięknego - jak to mówią miód na moje serce. Ja osobiście widzę delikatną różnicę, choćby w pasku, kiedy go zapinam o kolejną dziurkę ciaśniej. Ale mimo wszystko jeszcze sporo pracy przede mną.
To już trzeci etap diety (każdy z nich trwa 2 tygodnie) i powiem szczerze, najgorszy jak dla mnie, gdyż odczuwam pokusy, czego wcześniej nie miałam. W miniony piątek złamałam się w diecie (miałam piekielnie kiepski dzień) i zjadłam sezamki...później miałam ogromne wyrzuty sumienia, okazało się bowiem, że wcale smakowały tak jak to sobie wyobrażałam :(
Dzisiaj byłam na zakupach - fajna sprawa i dość ważna podczas dietowania się...bo to tak jakby podbudowała mnie samą, gdyż wskoczyłam w mój stary rozmiar (z przed przytycia nie wiadomo kiedy i jak). Teraz już będzie tylko lepiej.
Od Nowego Roku, wraz ze znajomymi
robimy sobie długie wybiegania. No nie zawsze to wychodzi, bo to weekend
wiec czas wyjazdów, przejazdów i przyjazdów, czasami niestety i
choroby. Tym razem podtrzymaliśmy tradycję wraz z mężem i pobiegliśmy.
Spokojnie, bez przyśpieszeń...tak, żeby powoli przyzwyczajać organizm do
dłuższego czasu kiedy jesteśmy w ruchu. Było bardzo przyjemnie, słonko
świeciło mi w buzię, chyba pierwszy taki prawdziwie wiosenny dzień. Jak
wróciliśmy do domku było super, czułam się wypoczęta i taka
przewietrzona, nawet pamiętałam o złotej zasadzie rozciągania się po
biegach i chłodzenia podczas kąpieli/prysznicowania się.
I klops.
Kolano,
a raczej miejsce pod kolanem boli mnie trzeci dzień - nie jest to
jakiś straszny ból, a raczej niekomfortowa sytuacja - nie mogę do końca
zgiąć/wyprostować nogi. Być może panikuję, ale Dr Google mi powiedział,
że z takim rzeczami nie warto ryzykować. Ten tydzień oficjalnie pauzuję,
w przyszłym tygodniu idę do ortopedysty (ortopeda+sadysta) - pewnie
zwyczajnie mnie wyśmieje...i na to liczę! - który może powie co jest nie
halo i co mam zrobić, żeby to się nie pogorszyło.
Tak wiem, każda dieta ma to do siebie szybki spadek, a potem hamowanie. Dlatego nie załamuję rąk lecz idę do przodu. Rano błonnik, owocki tylko w ciągu dnia...generalnie dużo jedzenia i woda. Tak, wody minimum 1,5 litra dziennie. Z początku było mi ciężko ot tak wypijać takie ilości wody (bo jej zwyczajnie nie lubię), ale jak się okazało, ze woda jest OK ta z bąbelkami też...wtedy przekonałam się do jej picia. Zawsze myślałam, ze zupy są dietetyczne i średnio da się nimi najeść, wczoraj na przykład miałam pomidorówkę i kurczę przejeść jej nie mogłam, aż sobie kolacji odmówiłam, bo zwyczajnie byłam przejedzona - może dlatego moje "pomiary" wskazały nienajlepsze cyferki :(
Używacie endomondo? Bo ja tak.
Wiem, że aplikacja ma zwolenników i przeciwników ale jak dla mnie działa
świetnie. Co prawda używam jej pewnie jedynie 10 lub 20% jego
możliwości, ale jak dla mnie jest to w zupełności wystarczające.
Poniżej pokazuje moje wyniki-różne, bo ze stycznia i aktualne...ale to ma być poglądowe :)
W
każdym bądź razie, chciałam tylko powiedzieć, że środy już zagościły w
moim treningowym kalendarzu. Biegam +/- 5km z moją grupą wsparcia. Są to
takie spokojne wybiegania z garstką osób które pragną choć na chwilkę
wyjść z codzienności pełnej rutyny. Czasami udaje mi się biegać też w
poniedziałki z większą grupą wsparcia :) Tak też było w minionym
tygodniu i Wiecie co, było śmiesznie, bo wiele osób wiedziało o moim
starcie w Gdynii. P
A tyle udało mi się nabiegać w tym tygodniu - niestety nie byłam na basenie :(
Niestety
nie obyło się bez sensacji jaką był brak medali dla części
startujących, co jest rzeczą nader dziwną zważywszy na fakt, że
zapisanych osób było ponad 4200! Jest to dość przykre, ponieważ pewnie
było więcej osób takich jak ja...nie liczących na jakieś szczególne
osiągnięcia, a jedynie na ustanowienie swojego rekordu życiowego
i jeszcze otrzymanie przy tym ślicznej pamiątki jaką jest medal.
Słyszałam
jednak, że organizatorzy stanęli na wysokości zadania i medale zostaną
wkrótce wysłane do osób pokrzywdzonych. Z drugiej strony jednak - to
takie właśnie jest nasze społeczeństwo - ponoć ileś osób nie zapisało
się na bieg, nie wpłaciło 30zł, a jednak zgłosiło się po medal! To
bardzo nie w porządku!
Mnie
osobiście sam bieg zaskoczył bardzo pozytywnie. Trasę można powiedzieć,
że trochę znałam, biegłam nią w wakacje zeszłego roku - podczas bardzo
upalnej nocy -zapamiętałam ją jako noc mojej udręki. Wtedy biegło mi się
przeraźliwie ciężko, traciłam oddech i było mi za gorąco, więc kiedy
tym razem wybierałam się na trasę-pogromcę Karoliny, byłam pełna obaw.
Bardzo chciałam dobiec do mety, bez chodzenia, bez zatrzymywania
się i bez problemów z łapaniem tchu - udało się! Jestem z siebie trochę
taka dumna, bo nawet udało mi się ustanowić życiówkę na 10km! No coś
pięknego!
Oczywiście nie obyło się bez "fatali" w moim wykonaniu.
Otóż
staje się powoli zasadą, że się za ciepło ubieram do biegania - mądry
powie, trzeba się ubierać, jak gdyby było 10 stopni więcej - ok ok,
tyle, że ja marznę, a przecież chodzę biegać dla przyjemności! Fakt, że
mało się rozgrzewam i niebawem czeka mnie kontuzja jak tego nie zmienię,
ale pracuję nad tym tj. powoli wydłużam rozgrzewki :)
Ale wróćmy do Gdynii...
Fatal nr 1. otóż podczas biegu się rozbierałam, z grubych rękawiczek i szaliko-komina...
po prostu cierpiałam. Trochę się bałam, że później mnie przewieje, ale póki co-odpukać-czuję się dobrze.
Fatal
nr 2. przez cały bieg udawało mi się biec w równym tempie, mając z tyłu
głowy cały czas poprzednią porażkę w Gdynii z samą sobą - bałam się
jakichkolwiek szaleństw.
Więc kiedy zobaczyłam flagę oznaczającą
9km i poczułam, że jest we mnie jeszcze ogień, ruszyłam w samotną
ucieczkę - o jakże głupia ja byłam. Po niecałych 300m miałam już jakby
dość, może nie była to zapaść, ale chwilowy spadek formy. Postanowiłam
jednak wykrzesać z siebie coś jeszcze i udało mi się w miarę dobrym
tempie dobiec do mety. Wiem jedno, poziom mojej kondycji odbiega od
stanu idealnego, bo po przejściu odcinka meta-medale, byłam już jak
nowa...a to oznacza, że nie dałam z siebie tak wiele jakby się wydawało.
Oczywiście mogę tutaj sobie dodawać, że się szybko regeneruję...ale to
nie jest prawdą.
Bałam się tego, że:
1. Nie będę w stanie tak często pisać jak sobie to zakładałam.
2. Spadek wagi się zatrzyma.
Nie poddaję się jednak i dzisiaj prezentuję moje "osiągnięcia", stan na dzień wczorajszy :)
Może nie jest to szczyt moich marzeń ale ważne, że utrzymuję tendencję spadkową - jak widać postanowiłam troszkę odwrócić kolejność aktualizowania wyników - wynika to z czystej wygody :) Open lepiej sobie radzi z takim obrotem sprawy.
No
to zaczynam moje treningi na basenie. Do tej pory oczywiście
zdarzyło mi się pomoczyć się w baseniku...ale to nie było raczej
pływanie. Oczywiście po latach pływackiej "emerytury" formę będę budować
bardzo długo, ale nie od razu Rzym zbudowano!
"Koniec
opi..." powiedziałby Hardcorowy Koksu, natomiast ja powiem "czas
działać". A basen to coś pięknego...wczoraj byłam pierwszy raz w lutym i
wróciłam do domu pełna endorfinek, radosna i naspeedowana :)
Wczorajszy trening był takim powitaniem, bo tylko 2,3 km w 0:44:20 z przerwami.
Niebędę pisać o moich czasach...bo to takie trochę jakby nie do chwalenia.
Tymczasem wchodzę sobie dzisiaj na google, a to co - fajowski cytat i super logo...zamieszczam poniżej:
„Uprawianie
sportu jest prawem człowieka. Każdy musi mieć możliwość uprawiania
sportu bez jakiejkolwiek dyskryminacji i w zgodzie z duchem olimpijskim,
czyli w atmosferze wzajemnego zrozumienia, przyjaźni, solidarności i
zasad fair play” – przetłumaczone przez Google na podstawie Karta
Olimpijska
Z blogiem czekałam mnóstwo czasu...jestem już trzeci tydzień na diecie (zaczęłam ją dokładnie w poniedziałek 20 stycznia 2014r.) i radzę sobie z nią chyba dość dobrze. W międzyczasie powoli zaczynam przyzwyczajać organizm do różnego rodzaju rozruchu.
DIETA
Dietetyk ze mnie żaden...nie radzę sobie ze zdrowym odżywianiem - zwyczajnie jadam nieregularnie no i na zasadzie napadów głodu, wciągając co znajdę na swojej drodze. Co więcej nie potrafię pilnować się, aby moje odżywianie choć trochę przypominało regularność.
Dlatego właśnie postanowiłam zwrócić się do specjalisty. Standardowo, pomysł dojrzewał we mnie aż w końcu byłam gotowa. Na początku roku zrobiłam sobie wszystkie wyniki - były dobre, a potem udałam się do Pani Dietetyk, która mnie zważyła, a jej magiczna waga powiedziała ile mam mięśni, kości, wody itd w sobie - wyniki nie takie straszne pomyślałam..ale diagnoza mnie lekko przeraziła. Moje ciało ma 15 lat więcej niż wskazuje na to moja data urodzenia :-( To chyba ostatni moment, aby wziąć się w garść! No nic, dostałam dietę tygodniową, którą miałam wprowadzić i stosować przed dwa kolejne tygodnie. Tak też zrobiłam - nie było źle! Dużo zielonego, warzyw, owoców...duże porcje jedzenia. Szczególnie zaskoczyły mnie kolacje, gdyż to tej pory nie zjadałam tak dużych porcji, a wręcz unikałam tych posiłków. Po dwóch tygodniach - 4 kg!
RUCH
Jak wyżej pisałam...powoli przyzwyczajam organizm do ruchu.
Owszem, miałam wcześniej wiele podejść do biegania, a raczej truchtania, ale były to całkiem nieregularne występy. Teraz mam co najmniej dwa dni biegające w tygodniu, no i minimum 1 dzień na pływalni i 1 dzień w siłowni - razem cztery różne aktywności, co mam nadzieję będzie się rozrastać i ewoluować do większej aktywności. Planuję też wystartować w kilku biegach w tym roku...o czym zapewne nie raz jeszcze napiszę tutaj. Tymczasem chciałabym pochwalić się moim małym sukcesem w postaci utraty paru parametrów :-D
Każdy z nas ma swoje "noworoczne postanowienia". Miałam zwyczaj takich nie poczyniać gdyż najzwyczajniej w świecie nie udało mi się specjalnie dotrzymywać słowa danego samej siebie. To takie trochę dziwne-zazwyczaj jestem słowna...jak coś komuś obiecam to choćby mi się waliło....słowa dotrzymam-jeśli chodzi o mnie samą - no jakoś mi to nie wychodzi.
W tym roku będzie inaczej, w tym roku schudnę i zacznę się zdrowo odżywiać, w tym roku...w tym roku zrobię całe mnóstwo rzeczy, ale przede wszystkim zrobię rzeczy te, które wpisałam na swoją wirtualną listę "MUST DO"... a przynajmniej mam taką nadzieję.