środa, 12 lutego 2014

Bieg urodzinowy w Gdynii

No i pierwsze biegowe zawody za mną :)
Bieg urodzinowy w Gdynii skupił 4202 osoby. 

Niestety nie obyło się bez sensacji jaką był brak medali dla części startujących, co jest rzeczą nader dziwną zważywszy na fakt, że zapisanych osób było ponad 4200! Jest to dość przykre, ponieważ pewnie było więcej osób takich jak ja...nie liczących na jakieś szczególne osiągnięcia, a jedynie na ustanowienie swojego rekordu życiowego i jeszcze otrzymanie przy tym ślicznej pamiątki jaką jest medal.
Słyszałam jednak, że organizatorzy stanęli na wysokości zadania i medale zostaną wkrótce wysłane do osób pokrzywdzonych. Z drugiej strony jednak - to takie właśnie jest nasze społeczeństwo - ponoć ileś osób nie zapisało się na bieg, nie wpłaciło 30zł, a jednak zgłosiło się po medal! To bardzo nie w porządku!
Mnie osobiście sam bieg zaskoczył bardzo pozytywnie. Trasę można powiedzieć, że trochę znałam, biegłam nią w wakacje zeszłego roku - podczas bardzo upalnej nocy -zapamiętałam ją jako noc mojej udręki. Wtedy biegło mi się przeraźliwie ciężko, traciłam oddech i było mi za gorąco, więc kiedy tym razem wybierałam się na trasę-pogromcę Karoliny, byłam pełna obaw. Bardzo chciałam dobiec do mety, bez chodzenia, bez zatrzymywania się i bez problemów z łapaniem tchu - udało się! Jestem z siebie trochę taka dumna, bo nawet udało mi się ustanowić życiówkę na 10km! No coś pięknego! 
Oczywiście nie obyło się bez "fatali" w moim wykonaniu. 
Otóż staje się powoli zasadą, że się za ciepło ubieram do biegania - mądry powie, trzeba się ubierać, jak gdyby było 10 stopni więcej - ok ok, tyle, że ja marznę, a przecież chodzę biegać dla przyjemności! Fakt, że mało się rozgrzewam i niebawem czeka mnie kontuzja jak tego nie zmienię, ale pracuję nad tym tj. powoli wydłużam rozgrzewki :)
Ale wróćmy do Gdynii...
Fatal nr 1. otóż podczas biegu się rozbierałam, z grubych rękawiczek i szaliko-komina...
po prostu cierpiałam. Trochę się bałam, że później mnie przewieje, ale póki co-odpukać-czuję się dobrze. 
Fatal nr 2. przez cały bieg udawało mi się biec w równym tempie, mając z tyłu głowy cały czas poprzednią porażkę w Gdynii z samą sobą - bałam się jakichkolwiek szaleństw.
Więc kiedy zobaczyłam flagę oznaczającą 9km i poczułam, że jest we mnie jeszcze ogień, ruszyłam w samotną ucieczkę - o jakże głupia ja byłam. Po niecałych 300m miałam już jakby dość, może nie była to zapaść, ale chwilowy spadek formy. Postanowiłam jednak wykrzesać z siebie coś jeszcze i udało mi się w miarę dobrym tempie dobiec do mety. Wiem jedno, poziom mojej kondycji odbiega od stanu idealnego, bo po przejściu odcinka meta-medale, byłam już jak nowa...a to oznacza, że nie dałam z siebie tak wiele jakby się wydawało. Oczywiście mogę tutaj sobie dodawać, że się szybko regeneruję...ale to nie jest prawdą.

A tutaj filmik ze startu :)



Oraz zdjęcie mojej zdobyczy medalowej!







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz