Jak ostatnio w każdy poniedziałek - tuż przed snem ważyłam się i mierzyłam. Wczoraj oczywiście też tak było i ku mojemu zaskoczeniu (zeszły tydzień był marny w tej materii) dumnie zapisywałam w kalendarzyku kolejne cyferki.
Spadek 2kg to już coś - pewnie w zeszłym tygodniu, kiedy już prawie rwałam włosy z głowy, że waga pokazała plus zamiast minusa zwyczajnie źle stanęłam czy coś, ale ważne, że wszystko jest pod kontrolą.
Jedna z moich koleżanek odwiedziła mnie w niedzielę. Nie widziałyśmy się z dwa może trzy tygodnie i zauważyła, że schudłam, no coś pięknego - jak to mówią miód na moje serce. Ja osobiście widzę delikatną różnicę, choćby w pasku, kiedy go zapinam o kolejną dziurkę ciaśniej. Ale mimo wszystko jeszcze sporo pracy przede mną.
To już trzeci etap diety (każdy z nich trwa 2 tygodnie) i powiem szczerze, najgorszy jak dla mnie, gdyż odczuwam pokusy, czego wcześniej nie miałam. W miniony piątek złamałam się w diecie (miałam piekielnie kiepski dzień) i zjadłam sezamki...później miałam ogromne wyrzuty sumienia, okazało się bowiem, że wcale smakowały tak jak to sobie wyobrażałam :(
Dzisiaj byłam na zakupach - fajna sprawa i dość ważna podczas dietowania się...bo to tak jakby podbudowała mnie samą, gdyż wskoczyłam w mój stary rozmiar (z przed przytycia nie wiadomo kiedy i jak). Teraz już będzie tylko lepiej.
Kończę na dzisiaj.
Ciao!




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz