piątek, 2 maja 2014

17 Bieg im. Ryszarda Targaszewskiego, 2014 Sianów

17 Bieg im. Ryszarda Targaszewskiego - 01.05.2014r. Sianów

Jakiś czas zbierałam się do opisania tego biegu ... nie, żeby z jakiegoś konkretnego powodu...tak tylko :)

ANYWAY

Sianów przywitał mnie na trasie 5km po raz drugi - pierwszy raz wydusiłam rok temu i byłam totalnie do tego nieprzygotowana. Wtedy, wystartowałam po kilku niedzielnych wybieganiach ze znajomymi, ubrana totalnie zbyt grubo i bez jakiegokolwiek rozeznania...zwyczajnie próbowałam nadążyć za innymi i bach...wtedy zajęłam 3 miejsce :)

W tym roku, marzec oraz kwiecień obfitowały u mnie w różnorodne treningi tj. narty, rower, basen no i biegi oczywiście. Dzięki temu wydawało się, że jestem dość dobrze przygotowana do wygibasów typu biegi choć poprzedni występ w Szczecinku na 10km skutecznie obnażył moje braki w tym temacie. W każdym bądź razie, w Sianowie byłam pełna zapału, chcąc poprawić wynik z poprzedniego roku. Wszystko jednak zmieniło się, gdy zobaczyłam trasę, no nie powiem lekko mnie przeraziła, piach i górki - boshe czy ja dotrwam. 
Taktyka była jedna, dotrwać do końca!
To był jeden z moich cięższych biegów do tej pory, gorąco, nogi odmawiały posłuszeństwa - chyba jeszcze pamiętały Szczecinkową dyszkę. No umęczyłam się tym biegiem. Ale na ostatnich stu może dwustu metrach kibicował mi mąż mój...i dzięki niemu udało mi się wyprzedzić jeszcze 2 osoby, w tym jak się później okazało koleżankę z teamu - no szok niesamowity.

Kiedy dotarłam do mety nic mi się nie chciało, byłam wykończona...ale poprawiłam czas o 25" od tego z poprzedniego roku - szkoda tylko, że trasa się zmieniła i ma dokładnego odniesienia.

Na koniec okazało się, że załapałam się na podium zdobywając srebro!

Tak to był udany choć bardzo trudny start.


niedziela, 27 kwietnia 2014

31 Międzynarodowy Bieg Uliczny, Memoriał Winanda Osińskiego 2014 Szczecinek

31 Międzynarodowy Bieg Uliczny, Memoriał Winanda Osińskiego 2014 Szczecinek 27.04.2014r.

Oni wszyscy i ja!

Mój mąż nie jest takim fanem biegania jak ja - ja się chyba zakochałam po prostu w tej dyscyplinie. Tutaj nie liczy się to co robią inni - no może gdybym była na wyższym poziomie zaawansowania, to byłoby inaczej ... ale nie jest - kiedy biegnę, są moje nogi i jestem ja. Kiedy biegam, myślę o wielu rzeczach, śpiewam sobie w głowie, patrzę na to co mnie otacza. Kompletnie izoluję się od życia codziennego. I to mnie kręci. To jest mój azyl.
Jednak do Szczecinka pojechaliśmy we dwójkę. Ponieważ wczoraj popełniłam straszną głupotę i poszłam na pedicure, dzisiaj rano wstałam z pęcherzem na pięcie - cóż zrobić, po drodze wstąpiłam do apteki po stosowne plasterki. Po drodze zrobiłam to czego na pewno nie robią prawdziwi sportowcy - zjadłam przepysznego hot-doga na Orlenie - no głodna byłam. Taki szalony weekend, niby dużo sportu ale i też całkiem sporo zabawnych sytuacji. W Szczecinku przywitała nas dłuuuuuugaśna kolejka po pakiety, ale z godnością ja pokonałam ja oraz moje psiapsiółki biegowe. Po zjedzeniu całej biegowej paczki ciastek - była w pakiecie, więc chyba należało zjeść wszystko przed startem - udaliśmy się na rondo, gdzie rozpoczął się bieg.
To był jak dotąd najcięższy bieg dla mnie. Może dlatego, że wystartowaliśmy na końcu stawki, a początek sporo nam uciekł. Być może dlatego, że znajomi "odstawili" mnie już na czwartym kilometrze. BYĆ MOŻE. A może po prostu dlatego, że jestem w kiepskiej formie, mało biegam, a tutaj 10 km i to w cieple. Teraz już wiem, samej biegnie się ciężko :( Ja taka towarzyska jestem, lubię pogadać z innymi, pośmiać się, a tu co - do obcych ludzi na ulicy miałam suszyć klawisze? To nie w moim stylu. Po pierwszym okrążeniu chciałam zejść z trasy, ale powiedziałam sama do siebie "Dość użalania się! Nikt nie schodzi z trasy, nie zejdziesz wiec i ty", chyba podziałało, bo dobiegłam do końca. Po drodze poznałam świetną dziewczynę, z którą biegłam ostatnie 2 km. Nawiązałyśmy mała rywalizację, raz ja ją a raz ona mnie, wyprzedzałyśmy się i dzięki temu chyba dałam radę. Super. Trochę tak nie czułam się ok bo wbiegłam pierwsza na metę, ale jakież było moje zaskoczenie, gdy nowa koleżanka podeszła i pogratulowała mi ... zaprosiła mnie nawet na kolejne biegi w Pile - skąd pochodzi. Dla takich chwil właśnie biegam. Żałuję tylko, że nie wymieniłyśmy się namiarami - może spotkamy się kiedyś jeszcze :)


czwartek, 24 kwietnia 2014

Leśna Piątka #1 Koszalin

Leśna Piątka - z czym to się je?!

Taka fajna inicjatywa koszalińskiego biegacza. Całkowicie darmowe biegi, a na dodatek po biegach jest losowanie gadżetów. Super sprawa. A wszystko profesjonalnie przygotowane. Zapisy online, numery startowe i elektroniczny pomiar czasów. I ja biorę w tym udział! Bardzo byłam cała podekscytowana tym wydarzeniem...podobnie chyba jak pozostałych 411 zawodników i zawodniczek, którzy zdecydowali się pojawić się na starcie biegu. Duzi i mali - wszyscy razem biegli w gąszczu koszalińskich drzew. U mnie jak zwykle, chwilowy zawał serca, palpitacje i brak oddechu. Ale dałam z siebie wszystko - co mogłam na tą chwilę. I to wydaje się być najważniejsze, że po biegu jestem szczęśliwa, bo wiem, że lepiej być nie mogło.
Relacje innych uczestników oraz zdjęcia, można zobaczyć tutaj: Leśna Piątka #1/6 
Już dziś planuję mój następny start w tym biegu!


A jeszcze niedawno nie mogłam przekroczyć bariery 30 minut na 5 km - zazdrościłam koleżanką, które biegały poniżej tego czasu ... a teraz i ja tak mogę! JUPI!

wtorek, 25 marca 2014

28 Bieg Zaślubin KOŁOBRZEG

JUPI! Dałam radę! 28 Bieg Zaślubin KOŁOBRZEG za mną!
Co prawda wszystko działo się ponad tydzień temu - 16 marca, ale przydarzyło mi się cudne nartowanie zaraz po powrocie i nie miałam kiedy naskrobać.
Byłam szczerze przerażona, kiedy jechaliśmy do Kołobrzegu. A w niedzielę rano, pogoda jeszcze gorsza, zimno i mokro. Poza tym długaśne kolejki po odbiór pakietów, no czyste szaleństwo. Kiedy już spotkaliśmy znajomych, atmosfera się lekko zagęściła. My - jak zwykle, bez przygotowania i jakiegokolwiek planu na cały ten bieg, natomiast oni - skoncentrowani. 
Kiedy ogłoszono, ze już czas - szybciutko stanęliśmy w tłumie rozentuzjazmowanych ludzi po czubki głów naładowanych pozytywną energią! Kurczę, no dawno nie spotkałam tyle osób, które rozpiera energia ot tak.
HUK!
I pobiegli...a ja z/za nimi ;)
15 km! Biegłam i umierałam! Bałam się, że każdy następny kilometr może być tym ostatnim dla moich nóg, ale dzielnie się trzymałam mojego "zająca" albo kilku "uszatych", bo w sumie patrzyłam na kilka osób. Ostatnio biegam tak troszkę "zaliczając" rywali - choć nie wiem, czy mogę ich tak nazywać - sama ledwo co daję radę, ale tak to są kompani mojego biegu. Jeden był taki zabawny, krzyczał sam na siebie coś w stylu - DAJESZ! DALEJ! No każdy ma swoje sposoby. Ja wypatruję osobę w tłumie i próbuję ją dogonić, a potem następną i tak do końca. Nie zawsze mi się udaje, ale próbować zawsze warto. Podczas ciężkich metrów, powtarzałam sobie w głowie słowa koleżanki "jeśli już nie możesz, przyśpiesz, potem będzie ci lżej biec wolniej".  I tak do końca, żałowałam tylko, że nie mam czapki z daszkiem - strasznie padało mi w twarz i nie było to przyjemne!


I jeszcze ten czas - no szaleństwo!

sobota, 8 marca 2014

Dzień Kobiet Dzień Kobiet ... niech każdy się dowie!

W moim mieście, pewnie jak w wielu innych, odbyły się biegi z okazji tego podniosłego dnia - u nas imprezę nazwano "BIEG NIE TYLKO DLA KOBIET".
Niestety nie mam zdjęć z tej okoliczności, ale za to mam "rejestr" z endo :)


Może i to nie jest jakiś tam rewelacyjny wynik, ale jak dla mnie jest super! Słońce dawało w twarz, płuca nie dawały rady, ale nogi ciągnęły mnie do przodu, raz po raz!
Biegłyśmy w mini grupce i miałyśmy super doping - no czyste szaleństwo, kiedy Biegniesz, a z boku Słyszysz swoje imię! Polecam!

czwartek, 6 marca 2014

Ja - Morsik!

Halo, to ja -> Morsik!
Tak tak - bo ja to mówią, jak nie teraz to kiedy?! Najpierw potruchtaliśmy sobie zbiorowo 4,16 km, a potem jak jeden mąż wszyscy wbiegli do wody - w strojach rzecz jasna! Było zimno jak cholera! Niech nikt Was nie oszuka, nie jest łatwo...ale moment kiedy Jesteś w wodzie - no piękne uczucie, lekko szczypie ale satysfakcja gwarantowana.
Byli tacy, którzy drugi raz wbiegali do jeziora - ja jednak podarowałam sobie tą wątpliwą przyjemność. Po kąpieli, oczywiście biegliśmy dalej, do miejsca gdzie zostawiliśmy autka. Nogi odmroziły mi się gdzieś pod koniec trasy :)

Ale czy było warto? 
WARTO!

Bo czyż nie to jest sensem życia?! Aby próbować nowych rzeczy, podejmować wyzwania i uczyć się - ja tak właśnie postrzegam życie w całej jego rozciągłości

źródło: http://iskra122445.blox.pl/2011/04/mors.html

środa, 26 lutego 2014

Niedzielna pedałowanie

Postanowiłam zacząć w końcu pedałować...póki co nie mam super wyczynowego roweru, ale moja miejska "koza" jest jak to ujął mój mąż rowerowym Harley'em. Siedzi się mega wygodnie i nie przeszkadza mi fakt, że ma 5 przerzutek.
Ponieważ pogoda ostatnimi dniami jest przepiękna i wręcz zachęca do spędzania czasu poza domem (dlatego siedzę przed komputerem i piszę), postanowiliśmy odkurzyć mojego elopsika i starego górala w celu poczynienia rowerowej wycieczki. 
Oczywiście nie udało się przejść przez etap przygotowań bez fatali, a to pompka okazała się nie taka, a to mój stary góral za mały na Miśka...no nic pojechaliśmy. Słuchajcie, polecam gorąco! Cudnie się spaceruje rowerami, podziwia przyrodę, rozmawia ... było świetnie. I to wczesnowiosenne słońce!




To nasze poczynania - no bez szału, ktoś powie, ale - nie chodzi o czas lecz o fakt. Nawet kolano mnie nie bolało. Wiele wiele przyjemności!

wtorek, 25 lutego 2014

Postępy

Jak ostatnio w każdy poniedziałek - tuż przed snem ważyłam się i mierzyłam. Wczoraj oczywiście też tak było i ku mojemu zaskoczeniu (zeszły tydzień był marny w tej materii) dumnie zapisywałam w kalendarzyku kolejne cyferki.
Spadek 2kg to już coś - pewnie w zeszłym tygodniu, kiedy już prawie rwałam włosy z głowy, że waga pokazała plus zamiast minusa zwyczajnie źle stanęłam czy coś, ale ważne, że wszystko jest pod kontrolą.





Jedna z moich koleżanek odwiedziła mnie w niedzielę. Nie widziałyśmy się z dwa może trzy tygodnie i zauważyła, że schudłam, no coś pięknego - jak to mówią miód na moje serce. Ja osobiście widzę delikatną różnicę, choćby w pasku, kiedy go zapinam o kolejną dziurkę ciaśniej. Ale mimo wszystko jeszcze sporo pracy przede mną. 
To już trzeci etap diety (każdy z nich trwa 2 tygodnie) i powiem szczerze, najgorszy jak dla mnie, gdyż odczuwam pokusy, czego wcześniej nie miałam. W miniony piątek złamałam się w diecie (miałam piekielnie kiepski dzień) i zjadłam sezamki...później miałam ogromne wyrzuty sumienia, okazało się bowiem, że wcale smakowały tak jak to sobie wyobrażałam :(
Dzisiaj byłam na zakupach - fajna sprawa i dość ważna podczas dietowania się...bo to tak jakby podbudowała mnie samą, gdyż wskoczyłam w mój stary rozmiar (z przed przytycia nie wiadomo kiedy i jak). Teraz już będzie tylko lepiej. 
Kończę na dzisiaj. 
Ciao!

wtorek, 18 lutego 2014

Długie wybieganie i ... klops

Od Nowego Roku, wraz ze znajomymi robimy sobie długie wybiegania. No nie zawsze to wychodzi, bo to weekend wiec czas wyjazdów, przejazdów i przyjazdów, czasami niestety i choroby. Tym razem podtrzymaliśmy tradycję wraz z mężem i pobiegliśmy. Spokojnie, bez przyśpieszeń...tak, żeby powoli przyzwyczajać organizm do dłuższego czasu kiedy jesteśmy w ruchu. Było bardzo przyjemnie, słonko świeciło mi w buzię, chyba pierwszy taki prawdziwie wiosenny dzień. Jak wróciliśmy do domku było super, czułam się wypoczęta i taka przewietrzona, nawet pamiętałam o złotej zasadzie rozciągania się po biegach i chłodzenia podczas kąpieli/prysznicowania się. 
I klops.
Kolano, a  raczej miejsce pod kolanem boli mnie trzeci dzień - nie jest to jakiś straszny ból, a raczej niekomfortowa sytuacja - nie mogę do końca zgiąć/wyprostować nogi. Być może panikuję, ale Dr Google mi powiedział, że z takim rzeczami nie warto ryzykować. Ten tydzień oficjalnie pauzuję, w przyszłym tygodniu idę do ortopedysty (ortopeda+sadysta) - pewnie zwyczajnie mnie wyśmieje...i na to liczę! - który może powie co jest nie halo i co mam zrobić, żeby to się nie pogorszyło.

Tyle nabiegałam


"A miało być tak pięknie...

...miało nie wiać w oczy nam" Happysad

Tak wiem, każda dieta ma to do siebie szybki spadek, a potem hamowanie. Dlatego nie załamuję rąk lecz idę do przodu. Rano błonnik, owocki tylko w ciągu dnia...generalnie dużo jedzenia i woda. Tak, wody minimum 1,5 litra dziennie. Z początku było mi ciężko ot tak wypijać takie ilości wody (bo jej zwyczajnie nie lubię), ale jak się okazało, ze woda jest OK ta z bąbelkami też...wtedy przekonałam się do jej picia. Zawsze myślałam, ze zupy są dietetyczne i średnio da się nimi najeść,  wczoraj na przykład miałam pomidorówkę i kurczę przejeść jej nie mogłam, aż sobie kolacji odmówiłam, bo zwyczajnie byłam przejedzona - może dlatego moje "pomiary" wskazały nienajlepsze cyferki :(






sobota, 15 lutego 2014

Poniedziałkowe i środowe wybieganie

Używacie endomondo? Bo ja tak. Wiem, że aplikacja ma zwolenników i przeciwników ale jak dla mnie działa świetnie. Co prawda używam jej pewnie jedynie 10 lub 20% jego możliwości, ale jak dla mnie jest to w zupełności wystarczające. 
Poniżej pokazuje moje wyniki-różne, bo ze stycznia i aktualne...ale to ma być poglądowe :)



W każdym bądź razie, chciałam tylko powiedzieć, że środy już zagościły w moim treningowym kalendarzu. Biegam +/- 5km z moją grupą wsparcia. Są to takie spokojne wybiegania z garstką osób które pragną choć na chwilkę wyjść z codzienności pełnej rutyny. Czasami udaje mi się biegać też w poniedziałki z większą grupą wsparcia :) Tak też było w minionym tygodniu i Wiecie co, było śmiesznie, bo wiele osób wiedziało o moim starcie w Gdynii. P
A tyle udało mi się nabiegać w tym tygodniu - niestety nie byłam na basenie :(




środa, 12 lutego 2014

Bieg urodzinowy w Gdynii

No i pierwsze biegowe zawody za mną :)
Bieg urodzinowy w Gdynii skupił 4202 osoby. 

Niestety nie obyło się bez sensacji jaką był brak medali dla części startujących, co jest rzeczą nader dziwną zważywszy na fakt, że zapisanych osób było ponad 4200! Jest to dość przykre, ponieważ pewnie było więcej osób takich jak ja...nie liczących na jakieś szczególne osiągnięcia, a jedynie na ustanowienie swojego rekordu życiowego i jeszcze otrzymanie przy tym ślicznej pamiątki jaką jest medal.
Słyszałam jednak, że organizatorzy stanęli na wysokości zadania i medale zostaną wkrótce wysłane do osób pokrzywdzonych. Z drugiej strony jednak - to takie właśnie jest nasze społeczeństwo - ponoć ileś osób nie zapisało się na bieg, nie wpłaciło 30zł, a jednak zgłosiło się po medal! To bardzo nie w porządku!
Mnie osobiście sam bieg zaskoczył bardzo pozytywnie. Trasę można powiedzieć, że trochę znałam, biegłam nią w wakacje zeszłego roku - podczas bardzo upalnej nocy -zapamiętałam ją jako noc mojej udręki. Wtedy biegło mi się przeraźliwie ciężko, traciłam oddech i było mi za gorąco, więc kiedy tym razem wybierałam się na trasę-pogromcę Karoliny, byłam pełna obaw. Bardzo chciałam dobiec do mety, bez chodzenia, bez zatrzymywania się i bez problemów z łapaniem tchu - udało się! Jestem z siebie trochę taka dumna, bo nawet udało mi się ustanowić życiówkę na 10km! No coś pięknego! 
Oczywiście nie obyło się bez "fatali" w moim wykonaniu. 
Otóż staje się powoli zasadą, że się za ciepło ubieram do biegania - mądry powie, trzeba się ubierać, jak gdyby było 10 stopni więcej - ok ok, tyle, że ja marznę, a przecież chodzę biegać dla przyjemności! Fakt, że mało się rozgrzewam i niebawem czeka mnie kontuzja jak tego nie zmienię, ale pracuję nad tym tj. powoli wydłużam rozgrzewki :)
Ale wróćmy do Gdynii...
Fatal nr 1. otóż podczas biegu się rozbierałam, z grubych rękawiczek i szaliko-komina...
po prostu cierpiałam. Trochę się bałam, że później mnie przewieje, ale póki co-odpukać-czuję się dobrze. 
Fatal nr 2. przez cały bieg udawało mi się biec w równym tempie, mając z tyłu głowy cały czas poprzednią porażkę w Gdynii z samą sobą - bałam się jakichkolwiek szaleństw.
Więc kiedy zobaczyłam flagę oznaczającą 9km i poczułam, że jest we mnie jeszcze ogień, ruszyłam w samotną ucieczkę - o jakże głupia ja byłam. Po niecałych 300m miałam już jakby dość, może nie była to zapaść, ale chwilowy spadek formy. Postanowiłam jednak wykrzesać z siebie coś jeszcze i udało mi się w miarę dobrym tempie dobiec do mety. Wiem jedno, poziom mojej kondycji odbiega od stanu idealnego, bo po przejściu odcinka meta-medale, byłam już jak nowa...a to oznacza, że nie dałam z siebie tak wiele jakby się wydawało. Oczywiście mogę tutaj sobie dodawać, że się szybko regeneruję...ale to nie jest prawdą.

A tutaj filmik ze startu :)



Oraz zdjęcie mojej zdobyczy medalowej!







wtorek, 11 lutego 2014

Lekkie hamowanie

Bałam się tego, że:
1. Nie będę w stanie tak często pisać jak sobie to zakładałam.
2. Spadek wagi się zatrzyma.

Nie poddaję się jednak i dzisiaj prezentuję moje "osiągnięcia", stan na dzień wczorajszy :)





Może nie jest to szczyt moich marzeń ale ważne, że utrzymuję tendencję spadkową - jak widać postanowiłam troszkę odwrócić kolejność aktualizowania wyników - wynika to z czystej wygody :) Open lepiej sobie radzi z takim obrotem sprawy.



piątek, 7 lutego 2014

Oficjalnie czas zacząć

No to zaczynam moje treningi na basenie. Do tej pory oczywiście zdarzyło mi się pomoczyć się w baseniku...ale to nie było raczej pływanie. Oczywiście po latach pływackiej "emerytury" formę będę budować bardzo długo, ale nie od razu Rzym zbudowano!
"Koniec opi..." powiedziałby Hardcorowy Koksu, natomiast ja powiem "czas działać". A basen to coś pięknego...wczoraj byłam pierwszy raz w lutym i wróciłam do domu pełna endorfinek, radosna i naspeedowana :) 

Wczorajszy trening był takim powitaniem, bo tylko 2,3 km w 0:44:20 z przerwami. 
Nie będę pisać o moich czasach...bo to takie trochę jakby nie do chwalenia.

Tymczasem wchodzę sobie dzisiaj na google, a to co - fajowski cytat i super logo...zamieszczam poniżej:


„Uprawianie sportu jest prawem człowieka. Każdy musi mieć możliwość uprawiania sportu bez jakiejkolwiek dyskryminacji i w zgodzie z duchem olimpijskim, czyli w atmosferze wzajemnego zrozumienia, przyjaźni, solidarności i zasad fair play” – przetłumaczone przez Google na podstawie Karta Olimpijska

I ten cytat jest takim "słowem na dzisiaj"!

środa, 5 lutego 2014

Pakiet startowy

Z blogiem czekałam mnóstwo czasu...jestem już trzeci tydzień na diecie (zaczęłam ją dokładnie w poniedziałek 20 stycznia 2014r.) i radzę sobie z nią chyba dość dobrze. W międzyczasie powoli zaczynam przyzwyczajać organizm do różnego rodzaju rozruchu.
DIETA
Dietetyk ze mnie żaden...nie radzę sobie ze zdrowym odżywianiem - zwyczajnie jadam nieregularnie no i na zasadzie napadów głodu, wciągając co znajdę na swojej drodze. Co więcej nie potrafię pilnować się, aby moje odżywianie choć trochę przypominało regularność.
Dlatego właśnie postanowiłam zwrócić się do specjalisty. Standardowo, pomysł dojrzewał we mnie aż w końcu byłam gotowa. Na początku roku zrobiłam sobie wszystkie wyniki - były dobre, a potem udałam się do Pani Dietetyk, która mnie zważyła, a jej magiczna waga powiedziała ile mam mięśni, kości, wody itd w sobie - wyniki nie takie straszne pomyślałam..ale diagnoza mnie lekko przeraziła. Moje ciało ma 15 lat więcej niż wskazuje na to moja data urodzenia :-( To chyba ostatni moment, aby wziąć się w garść! No nic, dostałam dietę tygodniową, którą miałam wprowadzić i stosować przed dwa kolejne tygodnie. Tak też zrobiłam - nie było źle! Dużo zielonego, warzyw, owoców...duże porcje jedzenia. Szczególnie zaskoczyły mnie kolacje, gdyż to tej pory nie zjadałam tak dużych porcji, a wręcz unikałam tych posiłków. Po dwóch tygodniach - 4 kg! 
RUCH
Jak wyżej pisałam...powoli przyzwyczajam organizm do ruchu.
Owszem, miałam wcześniej wiele podejść do biegania, a raczej truchtania, ale były to całkiem nieregularne występy. Teraz mam co najmniej dwa dni biegające w tygodniu, no i minimum 1 dzień na pływalni i 1 dzień w siłowni - razem cztery różne aktywności, co mam nadzieję będzie się rozrastać i ewoluować do większej aktywności. Planuję też wystartować w kilku biegach w tym roku...o czym zapewne nie raz jeszcze napiszę tutaj. Tymczasem chciałabym pochwalić się moim małym sukcesem w postaci utraty paru parametrów :-D





wtorek, 4 lutego 2014

Noworoczne plany i zamierzenia

Każdy z nas ma swoje "noworoczne postanowienia". Miałam zwyczaj takich nie poczyniać gdyż najzwyczajniej w świecie nie udało mi się specjalnie dotrzymywać słowa danego samej siebie. To takie trochę dziwne-zazwyczaj jestem słowna...jak coś komuś obiecam to choćby mi się waliło....słowa dotrzymam-jeśli chodzi o mnie samą - no jakoś mi to nie wychodzi.
W tym roku będzie inaczej, w tym roku schudnę i zacznę się zdrowo odżywiać, w tym roku...w tym roku zrobię całe mnóstwo rzeczy, ale przede wszystkim zrobię rzeczy te, które wpisałam na swoją wirtualną listę "MUST DO"... a przynajmniej mam taką nadzieję.

piątek, 31 stycznia 2014

Ok...zaczynam.

Cześć!

Mam na imię (a to Ci niespodzianka) Karolina i rozpoczynam walkę.
 Trochę to brzmi jak przedstawianie się podczas spotkania AA albo temu podobnego...ale prawda jest taka, że jestem z tymi ludźmi trochę podobna. 
Dlaczego? Bo też mam problem i zamierzam coś z nim zrobić.
Więc rozpoczynam wirtualny dziennik z zapiskami jak mi to idzie.
Moje cele? Tak jak zainteresowania - jest ich całe mnóstwo, ale będę starać się zrobić taką listę tych najważniejszych, aby móc je powoli wykreślać jako wykonane!

JUPI!!!

Dokładnie 15 miesięcy temu - 31 października - przebiegłam swoje pierwsze kilometry, sądząc, że jako kobieta uprawiająca w zamierzchłej przeszłości, nie będę miała z tym najmniejszego problemu. O jakże wielkie było moje rozczarowanie, kiedy po 4,64 km w sumie marszobiegu...byłam skonana. Nogi bolały mnie jeszcze kilka następnych dni.
Od tamtego dnia upłynęło sporo czasu i coś tam robiłam w tak zwanym między czasie aczkolwiek nie mogę powiedzieć, abym trenowała.
Ten rok ma być inny - musi być!
Więc do dzieła!